|
Po incydencie z nosem dwa dni przeleżałam w łóżku. Bardziej dla lepszego samopoczucia niż z cierpienia prawdziwego. Co fakt, to fakt, nie mogę zbytnio gryźć, bo jak się okazało, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, uszkodzenie nosa spowodowało dość mocny ból podniebienia i zębów. W końcu jednak trzeba było wrócić do ludzi, zresztą miałam umówione spotkanie z promotorem i nijak nie mogłam się z tego wykręcić.
Potruchtałam więc bez entuzjazmu, marząc o jak najszybszym powrocie do domu, zanim jeszcze z niego wyszłam. - Zapraszam, zapraszam – powiedział profesor na powitanie. To miało być nasze drugie spotkanie. Pierwsze odbyło się na początku października, kiedy to oddałam mu prawie 60 stron tekstu, nad którym pracowałam w wakacje. Chciałam mieć tę całą pracę jak najszybciej za sobą. Wiadomo, ślęczenie nad klawiaturą i książkami jest mało ekscytujące, a do tego perspektywa, że istnieje małe prawdopodobieństwo, iż ktokolwiek faktycznie przeczyta moje wypociny...
- To zanim cokolwiek powiem – zaczął ostrożnie promotor – pokażę Pani, co jest nie tak, a potem porozmawiamy. Już to pierwsze zdanie zbiło mnie z tropu. To on ten tekst faktycznie przeczytał? Spodziewałam się raczej czegoś w stylu: „To niech mi pani przypomni, o czym pani pisze.” No, w porywach do: „Rewelacja to nie jest, ale może być. Niech pani nad tym jeszcze popracuje i powinno przejść.” A tu już na wstępie totalone zdziwienie. No ale skoro się wczuł, to chyba dobrze o nim świadczy, nie? W końcu to lepiej, że przeczytał, niż gdyby się miało okazać, że w czerwcu stwierdziłby, że mu się nie podoba zupełnie. Tak sobie przynajmniej pomyślałam wtedy. Kiedy jednak podał mi wydruk i zaczęłam przekładać kartka po kartce, mina mi nieco zrzedła. Wszystkie były bowiem praktycznie w całości pomazane na czerwono. Niektóre akapity zupełnie wykreślone, przy innych po trzy znaki zapytania, podkreślone zdania, cytaty, przypisy. Wszystko było nie tak! Popatrzyłam na profesora z przerażeniem. Po czym on nic nie mówiąc, wziął ode mnie cały tekst i zamaszystym ruchem wrzucił do kosza. Przed oczami ukazały mi się wszystkie te letnie dni, kiedy ślęczałam przed ekranem komputera i wpatrywałam się w kursor, czekając na przypływ weny. Przypomniały mi się te momenty, w których zamiast cieszyć się z wakacji, siedziałam z nosem (o ironio!) w książkach tłumacząc sobie, że potem przynajmniej będę mieć luz. A tu co?!
- Niech się Pani nie odważy - zaczął ostro profesor - wyciągać choćby jednej kartki z tego kubła! Wszystko, ale to dokładnie wszystko jest napisane językiem potocznym. Tego się po prostu nie da czytać. Może nadawałoby się to na książkę popularno-naukową, ale nie na tekst typowo akademicki! Słucham? Słucham?! A moje zmarnowane wakacje? Nadszarpnięte nerwy? Te wszystkie wyrzeczenia i w końcu dodatkowe kilogramy, które pojawiły się ze względu na niewyobrażalną ilość słodyczy, którą pożeram siedząc przed komputerem?! Potem jeszcze tylko dowiedziałam się, że źródła są w porządku, że z faktami też nie ma problemu, tylko trzeba to wszystko po prostu napisać jeszcze raz. I to napisać językiem suchym, bez ozdobników, alegorii i tego wszystkiego, czego w szkole uczyła pani na zajęciach z polskiego. A więc zamiast: „Ostatnim zupełnie nieoczekiwanym, choć tym samym bardzo obiecującym odkryciem, które wzbudziło ogromne poruszenie w środowisku było....” Powinno być: „Ostatnim odkryciem było…” Tylko, że jeśli naniosę takie poprawki, to zamiast dotychczasowych 60 stron, będę miała najwyżej 30!
Miałam dość. Nie chciałam już niczego analizować, ani słyszeć, że wszystko jest do zrobienie i to szybciej niż mi się wydaje. Wstałam i powiedziałam, że postaram się przynieść choć jeden rozdział w przyszłym miesiącu. A że „postaram się”, to nie to samo, co „przyniosę”, to taka perspektywa nie do końca mnie przeraziła. - Niech się pani postara – zachęcił promotor – tylko może niech już pani nie chodzi na mecze, bo niezbyt pani ładnie z tym fioletowym nosem. A tak na marginesie to Wisła czy Cracovia? – zapytał na koniec. Uśmiechnęłam się do niego, choć wcale nie było mi do śmiechu. I to ani z powodu tekstu, ani z powodu ostatniego pytania. |