Pewne niedzielne popołudnie spędziłem w północnoamerykańskim mieście, gdzie toczyła się ostateczna walka dobra ze złem, w której stawką było istnienie świata. Dzień jak co dzień. Tym razem chodziło o to, że złe demony chciały oszukać innego złego demona, który to demon przywołał sobie do pomocy jeszcze jednego złego demona. Od groma demonów, paktowania z diabłem i ryczących motocykli wylewało się na mnie z kinowego ekranu przez bite dwie godziny. Wstrząsające było to, że całkiem nieźle się bawiłem, pomimo iż spodziewałem się raczej pośledniej opowiastki dla dorastających nastolatków pokroju Daredevila, który zresztą wyszedł spod tej samej reżyserskiej ręki.
Fabuła jest ta co zwykle. Tym razem tym złym jest Mefistofeles i zbuntowani aniołowie, a tym dobrym Nicolas Cage, który w młodości paktował z diabłem w garażu swego ojca. Po tym jak Cage, czyli młody Johny Blaze, skończył paktować, szybko się przekonał, że szatanowi nie można ufać, porzucił swoje życie, zostawiając za sobą miłość swojego życia i poświęcił się niejasnemu celowi oczekiwania na drugą szansę. Nie czytałem komiksu, na podstawie którego powstał cały obraz, więc nie jestem do końca przekonany o co tak naprawdę chodziło. Koniec końców Johny decyduje się wrócić do normalnego życia i, jak się można spodziewać, piekło upomina się o zapłatę. Johny musi stoczyć bitwę o świat, a pomagać mu w tym będzie fajny motocykl, kawał łańcucha i płonący czerep. Ot, dzień jak co dzień.
Wszyscy dobrze wiemy, że film niczym nas nie zaskoczy fabularnie, wiemy co się będzie działo, wiemy jak i wiemy kto wygra. Kwestia pozostaje jedna: Czy to się da obejrzeć?
Da się. Pomijając kompletny brak fabuły, nikłe wartości artystyczne oraz nawet zatrudnienie Evy Mendez, co zawsze jest błędem, film jest przyjemny. Nie jestem do końca w stanie tego wyjaśnić, bo scenarzyści postarali się, żeby postać Jeźdźca była tak bezpłciowa i szara jak to tylko możliwe. Można by myśleć, że mając płonącą gołą czaszkę zamiast głowy nie można wygłaszać głupich tekstów, ale Ghostriderowi udało się to kilkukrotnie. Jednak ta masa błędów uchodzi w strumieniu efektów specjalnych i porządnej, mocnej muzyki która uderza w nas bez przerwy na oddech. Przyjemna, niezobowiązująca rozrywka.
Plus Easy Rider w roli samego Mefistofelesa.