|
Płyta – niespodzianka. Tak w dwóch słowach można określić solowy album wokalisty Radiohead. Gdy wszyscy czekali na nowe cudo Radiogłowych – następcę wydanego w 2003 roku „Hail to the Thief”, Yorke zaprezentował nam swoje solowe oblicze. Bez szumnych zapowiedzi, w połowie 2006 roku ukazał się „The Eraser”. Pierwszy solowy album głównej postaci, jeżeli nie najważniejszego, to jednego z najważniejszych zespołów lat dziewięćdziesiątych XX wieku i początku XXI stulecia.
Yorke serwuje nam 41 minut muzycznej podróży w głąb swojej duszy. Duszy blisko czterdziestolatka, przez jednych wychwalanego jako zbawcę rocka, przez innych porównywanego do znerwicowanego przedszkolaka. Nerwowości w poczynaniach artysty na płycie na pewno nie słychać. Wszystko - i muzycznie i produkcyjnie - dopracowane jest w najdrobniejszych szczegółach. Nie ma co się dziwić, nad całością czuwał dobrze znany ze współpracy z macierzystą formacją Yorke’a, Nigel Godrich.
Płyta naszpikowana jest elektroniką. Właściwie żaden utwór nie jest pozbawiony „sztucznych” dźwięków. Ale całość bynajmniej nie brzmi sztucznie. Takiego Yorke’a jeszcze nie słyszeliśmy. Poprawka – słyszeliśmy, ale na solowej płycie swój kompozytorski kunszt rozwinął do mistrzostwa. Gdybym miał przyrównać „The Eraser” do płyt Radiohead, to od razu przychodzi mi do głowy „Kid A” – podobny klimat, podobny, niepiosenkowy potencjał utworów, podobnie niepokojące teksty. Zresztą za to cenię go najbardziej – teksty – zawsze szczere, odważne i zagadkowe.
Trudno jednak nie dostrzec, że w ciągu ostatnich lat Yorke stał się dużo bardziej zaangażowanym politycznie twórcą. Na „The Eraser” słychać to jeszcze dobitniej niż na jawnie antybushowskim „Hail To the Thief”. Wystarczy posłuchać „Harrowdown hill”.
Utwór opowiada o samobójczej śmierci doktora Davida Kelly’ego – brytyjskiego eksperta od broni biologicznej. Kelly stał się znany w 2003 roku, w związku z podejrzeniami, że rząd wyolbrzymił zagrożenie iracką bronią biologiczną, aby uzyskać poparcie dla ataku na reżim Saddama Husajna. Yorke stawia, zadawane przez wielu, pytanie o okoliczności śmierci Kelly’ego. Did I fall or was I pushed?
Z kolei tytuł utworu „Attoms for peace” wzięty został z przemówienia Dwight’a Eisenhower’a z 1953 roku – „Energia atomowa na rzecz pokoju”.
W wielu utworach Yorke porusza bliski mu temat degradacji środowiska naturalnego i nawołuje do opamiętania się, bo nasz zegar tyka coraz szybciej („Analyse”, „The Clock”). Na uwagę zasługuje też utwór tytułowy, z pięknymi akordami fortepianu kolegi z zespołu Jonny’ego Greenwood’a i śpiewanymi jakby od niechcenia przez Yorke’a wersami The more you try to erase me, The more that I appear. „The Eraser” pokazuje jaką drogę przeszedł Thom Yorke od rockmana, czy nawet grungowca z okresu „Pablo Honey” po artystę wyznaczającego nowe trendy w muzyce… elektronicznej. Niewątpliwie – Thom Yorke wielkim Artystą jest.
|