 Zgodnie z ogólnie przyjętą zasadą, że co po hiszpańsku, to zawsze sztuka, dużo ostatnio się słyszy o filmie El Laberinto del Fauno, stworzonym w dużej częsci przez reżysera Guillermo Del Toro. Warto przypomnieć, że ten pan to człowiek odpowiedzialny za takie hity światowego undergraoundu jak Blade II, oraz niesłusznie zjechany przez krytykę Hellboy.
Ale ale! Te filmu były po angielsku, więc automatycznie były hollywoodzką komerchą niegodną spojrzenia ambitnego studenta-inteligenta. Co innego "Labirynt". On jest po hiszpańsku. Tak więc całe tabuny ludzi, zaczytujących się bezwstydnie i publicznie w gniotach preparowanych na kolanie przez Paolo Coehlo, czy uważających "Cień Wiatru" za powód do artystycznego omdlenia płyną zwartym tłumem do kina obejrzeć sobie Ambitną Fantastykę z Meksyku. Pobiegłem więc za tłumem i znalazłem się w kinie, gdzie dane mi było zobaczyć Alicję we wiadomej krainie, przysuniętą trochę, ale nie do przesady w stronę wersji Americana McGee, umieszczoną w scenerii hiszpańskiej wojny domowej. Stereotypowe postaci: Ojczym, sadystyczny oficer. Matka, wdowa pogodzona z losem. Dziecko, które odpływa ze złego świata w iluzję swoich własnych urojeń. Urojenia to faun i fakt, że dziecko jest księżniczką, która musi uratować swoje królestwo. Nie trzeba w zasadzie wrzucać pierścienia do wullkanu, ale trzeba zrobić kilka obrzydliwych rzeczy, by do tego szczytnego celu dotrzeć. Nikt przecież nie chciałby zagłady nieistniejącego królestwa, do którego doprowadziła nad latająca modliszka, która z braku białego królika pełniła tu rolę przewodnika. W tle przewija się tragedia ludzi uwikłanych w wojnę, wpływ wojny na dziecko oraz fakt, że ojciec to naprawdę zły człowiek. Nuda, nuda, nuda. Jestem przekonany, że gdyby film był w języku angielskim otrzymałby tęgie baty za sam fakt istnienia i bycia komercyjnym. A tak, jak zwykle w przypadku hiszpańskojęzycznych dzieł ostatnich lat, poślednie dzieło z nieciekawym scenariuszem zostaje wzięte za jedno ze szczytowych osiągnięć ludzkości. Trzeba jednak oddać filmowi co jego. Muzycznie historia oprawiona jest bardzo dobrze, podobnie jak świetnie dobrane są kostiumy, oraz, przede wszystkim, coś co nazywa się monster-design, czyli stwory i kreatury wypełniające labirynt, które widocznie opierają się na lękach właściwych każdemu człowiekowi. Ogląda się to miło, czasami można się przestraszyć, czasami zachwycić pojedynczą sceną. Gdyby film nie był tak niesamowicie nudny, być może nawet recenzja byłaby odrobinę bardziej pochlebna. A tak: polecam, jeśli nosisz dready, czytujesz Coehlo i słuchasz Manu Chao. W innym przypadku, tylko dla zabicia czasu. |