To, że Luwr jest w Paryżu wie każdy szanujący się Europejczyk. A także to, że znajdują się w nim Nike z Samotraki, Wenus z Milo i oczywiście Mona Lisa. I większość z tych, którzy przyjadą odwiedzić francuską stolicę, zahaczą o to jedno z największych, światowych muzeów. Dlatego właśnie o nim nie napiszę. Ten post nie powieje muzealną nudą, a ja nie będę wychwalać już na wszelkie sposoby omówionych i sfotografowanych obrazów i rzeźb...
A tak nawiasem mówiąc - uważam, że dużo ciekawszą ekspozycją dysponuje Musée d'Orsay, mieszczące się w pięknym budynku, w którym kiedyś był dworzec. Wiele dzieł impresjonistów zostało właśnie tam zgromadzonych.
Nie lubię malarstwa czasów wcześniejszych, które jest chlubą Luwru i stanowi znaczną część całej prezentowanej w nim kolekcji. Z drugiej strony, to największe paryskie muzeum ma w swoich zbiorach imponującą ilość znalezisk, które pochodzą z różnych krajów europejskich i Egiptu. Są to zdobycze z czasów wojen napoleońskich, doskonale zachowane i wyeksponowane, z pewnością warte odwiedzenia. Ale, ale...! Czy ktoś kiedyś słyszał o Musée Dupuytren?!
Oczywiście, że nie. Mogę się z Wami założyć, że o nim nie słyszeliście! Nie zostało ono nawet wspomniane w obszernym przewodniku Pascala. Moja mama gdzieś o nim przypadkiem przeczytała, a jej relacja była na tyle zachęcająca, że niezwłocznie odnalazłam stronę internetową tego obiektu i pojechałam go zobaczyć!
Musée Dupuytren zebrało w swojej kolekcji, pochodzącej z lat 1820-1935, modele ilustrujące choroby i deformacje ludzkiego ciała. Poczułam przyjemne uczucie, jakie zwykle poprzedza interesujące wydarzenia. Muzeum znajduje się przy paryskiej Akademii Medycyny (adres - 15 rue de l'Ecole-de-Medecine). I tu muszę od razu szczerze się przyznać - nie choruję, w szkole z przedmiotów ścisłych ściągałam jak mogłam, z leków biorę tylko antykoncepcyjne. Ludzkie ciało, jako obiekt badań i biologii, nie interesuje mnie zupełnie! Ale na różne obrzydliwości można z czystej ciekawości popatrzeć...
Panie pracujące w tym dziwnym muzeum można wysłać do przedszkola w ramach atrakcji na Halloween - sama się ich wyglądu i zachowania bałam. Przed godziną 14.00 muzeum jest zamknięte. I koniec. Było zimno, a one nie wpuściły mnie, bo była dopiero 13.55! Płacąc za bilet, wypuściłam z ręki swoje dokumenty i od razu padło groźne pytanie: "Co tam masz?! Pokaż, pokaż!". Przechodząc do sali wystawowej mijam jeszcze dwa okropne pomieszczenia, wypełnione po sufit starymi książkami.
Razem ze mną do muzeum weszła jeszcze jedna dziewczyna, chyba studentka, bo robiła dużo notatek. Z zainteresowaniem oglądałam ekspozycję, gdy nagle jedna z pracownic placówki zaczęła śmiać się w taki sposób, że prawie podskoczyłam ze strachu. Inna, rozmawiając przez telefon wydawała z siebie przeraźliwy pisk (tak, to był pisk), a kolejna przemówiła głosem bardzo niskim i męskim. Za plecami usłyszałam chichot - to ta studentka starała się nie roześmiać, a na moje przerażone spojrzenie odpowiedziała tylko krótkim "Tu jest tak zawsze!".
Ekspozycja tylko spotęguje mój strach. Zza szklanych gablot wyłaniają się kolejno grube jelita, nienarodzone dzieci o nienaturalnych kształtach, bliźnięta syjamskie... Największe obrzydzenie wzbudza we mnie para połączona jednym ciałem, której głowy i kończyny mają kształt krowich łbów i odnóży. W myślach zaczynam usprawiedliwiać dziwne zachowania kobiet tam zatrudnionych, one przecież codziennie muszą spędzać kilka godzin w otoczeniu tych eksponatów.
Nie warto tracić czasu na "najgorszy i najmroczniejszy Dom strachów" w wesołym miasteczku. Kilkakrotnie lepszy efekt uzyskacie odwiedzając to muzeum. I - po raz pierwszy zdarza mi się to mówić o muzeum - dzieciom wstęp surowo wzbroniony!
Kaśka Nowak