Miałam na początku liceum chłopaka. Był po uszy zakochany, ja czułam się uwielbiana, najważniejsza. Gdy byłam w dobrym humorze, emanowałam pozytywną energią, a co za tym idzie - radosnym seksapilem i sądziłam, że wszystko, co dobre na tym świecie spotka właśnie mnie, on kąśliwie zauważał: 'Nie bądź taka zajebista. Zobaczysz, życie jeszcze nauczy cię pokory!'. To stwierdzenie zawsze szybciutko sprowadzało mnie na ziemię. Co prawda zupełnie nie wiedziałam, czego to (przecież takie fajne!) życie ma mnie uczyć, ale jakoś od razu mój optymistyczny entuzjazm opadał. Dziś już zdaję sobie sprawę, że była to delikatna forma psychicznego znęcania się nade mną, najprawdopodobniej nieuświadomiona i wywołana uczuciem zazdrości o mnie. Współczuję kobietom, które doświadczają takiej manipulacji przez wiele lat i mają permanentnie obniżane poczucie własnej wartości.
Miałam pod koniec liceum nauczyciela. Był tylko 10 lat starszy ode mnie i prowadził kursy YES (Youth Empowerment System) z ramienia organizacji Art of living (www.artofliving.pl ) . To on powiedział mi, że mogę się cieszyć po prostu dlatego, że mam ochotę się cieszyć. To on pokazał, jak pokonywać własne bariery i ograniczenia, jak wejść w każdą rolę, nawet dziwki i idiotki i pobawić się tym, nic nie tracąc z własnej osobowości. A nawet zyskać!
Właśnie wróciłam z Mazur, przez dwa tygodnie pływałam na 10 metrach kwadratowych i na nich też mieszkałam. Poznałam dużo młodych ludzi, kilkoro z nich lepiej niż innych (lepiej niż bym chciała?). Zobaczyłam, jak straszne kompleksy mogą trawić ludzkie umysły i przeszkadzać im w egzystencji, w wykonywaniu takich czynności jak opalanie się, tańczenie na dyskotece, głośne śpiewanie szant przy ognisku, wygłupianie się. Gdy ja sama świetnie się bawiłam z przypadkowo poznanymi osobami, posadzono mnie o upicie się i, co więcej, niektórym prawie udało się wywołać we mnie poczucie winy. Na szczęście mam mądrą Mamę, która w czasie jednej tylko rozmowy telefonicznej poukładała rozsypane w mojej głowie puzzle, składające się na moją osobowość.
Zasmuca fakt, że Polacy, uważający się za takich rozrywkowych, często stają się takimi dopiero po alkoholu i nie potrafią wyobrazić sobie dobrej zabawy na trzeźwo. Na pocieszenie dodam, że pesymizm jest wpisany nie tylko w naszą kulturę. Pamiętam, jak kiedyś w Paryżu Ana, znajoma Brazylijka żaliła mi się, że jechała metrem, była w dobrym nastroju i sama do siebie się uśmiechała. Francuzi patrzyli się na nią tak samo, jak patrzą u nas, już to przetestowałam. Ich wyraz twarzy mówił: 'Jeśli za chwilę nie przestaniesz stroić tych idiotycznych min, zadzwonię po psychiatrę i zabierze Cię do szpitala!'. Południowcy, czyli mieszkańcy cieplejszych części naszego globu są weseli z natury. Potwierdzają to nauczyciele języków obcych, np. hiszpańskiego,włoskiego czy greckiego, a także turyści czy osoby, które mieszkały wtamtych rejonach świata. Pewien mężczyzna, pracujący kiedyś w Indiach opowiadał mi o Hindusce, która sprzątała w jego domu. Codziennie była uśmiechnięta i żywiołowa, on niekoniecznie. Ona miesięcznie zarabiała równowartość jego dniówki. Ta kobieta tylko jednego dnia przyszła smutna - okazało się, że powódź zalała jej dom. Ów mężczyzna podarował jej tyle pieniędzy, by mogła pokryć straty i znów dawna, niczym niezmącona radość zapanowała w jego domu. Właśnie taka jak ta Hinduska staram się być od czasu pierwszego kursu Art of Living. Im dłużej trwam w tym postanowieniu, tym jest ono łatwiejsze w realizacji. I gdy kilka dni temu koleżanka przed budynkiem dyskoteki zapytała mnie, czy w środku jest fajna impreza, beztrosko odpowiedziałam: 'Przecież to tylko od Ciebie zależy, jak się bawisz!'. A ona, niestety, tylko smętnie popatrzyła na mnie, dalej sączyła piwo, paliła papierosa i nie poszła potańczyć.
By pomóc przerwać i, miejmy nadzieje, kiedyś pokonać ten pesymistyczny, wszechogarniający Polaków krąg, proponuję kilka rozwiązań:
1) Światowy Dzień Uśmiechu, przypadający na pierwszy piątek października, ustanowić świętem narodowym, takim jakim w PRL-u był 1 Maja. Mimo panującej demokracji zmuszać Naród do hucznego obchodzenia go, czyli na przykład do udziału w Pochodach im. Sikania ze Śmiechu. A na nieobecnych donosić i wyznaczać tzw. karę chłosty - publiczne łaskotanie, gilgotanie, łechtanie do utarty przytomności.
2) Codzienne, przynajmniej kilkuminutowe wykonywanie tego ćwiczenia: kąciki ust unosimy do góry i trzymamy, trzymamy! Wyszczerz może być całkowicie sztuczny i idiotyczny - nasz mózg nie odróżnia prawdziwego od fałszywego uśmiechu, natomiast w obu przypadkach produkuje taką samą ilość hormonu szczęścia.
3) Znalezienie przyjaciół, którzy ciągle żartują, śpiewają i rozrabiają.
4) Zapisanie się do grupy (lub takiej stworzenie) praktykującej jogę śmiechu - poczytajcie o tym na przykład tutaj:
http://kobieta.interia.pl/uroda/fitness/news/joga-smiechu,1234691
5) Udział w jednym z kursów Art of living - informacji szukajcie na www.artofliving.pl.
To co, może od razu przystąpimy do realizacji punktu pierwszego? Ogarnijcie, co by było, gdyby ten projekt faktycznie doszedł do skutku! A może warto spróbować? Piszcie:
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
kaszka