MIEJSCE: Facebook.
CO: Dialog na tablicy pomiędzy mną a kolegą Kennethem, mieszka kilka pokoi ode mnie. [fragmenty]
CZAS: Tuż po tym jak mnie znalazł na tym serwisie społecznościowym, tj. piątek 30 lipca.
Kenneth: W Carparku [nazwa klubu, przyp. Autorki] myślałem, że masz na imię Tasha. Potem w akademiku, że Kasha. I dopiero za pomocą fcb poznałem Twoje prawdziwe imię!
Ja: Hurra! Ale nie jestem zaskoczona – większość osób myli się dokładnie jak Ty.
Kenneth: Ha,ha, nie mogę sobie wyobrazić Ciebie krzyczącej „Hurra”! A Twoje imię jest totalnie egzotyczne.
Ja: Ha,ha, po prostu jeszcze ciągle nie doświadczyłeś moich możliwości. Może nie jestem aż tak spokojna, jak się wydaję? [faktycznie, w akademiku głównie siedzę u siebie w pokoju i się uczę – przyp. autorki] Uważanie Kasi za egzotyczne imię jest prawdopodobnie najdziwniejszą rzeczą, jaka mnie spotkała w tym tygodniu (weź pod uwagę, że w Nowej Zelandii prawie wszystko jest dla mnie zaskakujące).
Tak naprawdę, Kasia to polski odpowiednik angielskiego/francuskiego imienia Catherine. I w Polsce mamy tysiące Kaś, tak popularne jest to imię!
Kenneth: Okej, następnym razem, gdy wpadnę na Ciebie na korytarzu, poproszę Cię, żebyś już zaczęła być „NIE-spokojna” lub, jeśli wolisz „rozrywkowa”. Kochasz się uczyć i czytać, więc nie wyobrażam sobie Ciebie jako imprezowej dziewczyny. [Och, jak bardzo się mylisz, drogi Kenneth! – przyp. autorki] Kasia jest TAK egzotyczna dla Nowozelandczyków. A przynajmniej dla mnie. Natomiast ja będę Cie nazywał Catherine albo Cat Woman od teraz. Ot tak, po prostu. HURRA.
Ja: Zalecam cierpliwość. Ot tak, po prostu.
(...)
Nie ma sensu cytować całej rozmowy, istotny jest fakt, że ktoś na tym świecie uważa, że moje imię jest egzotyczne. Moje! Ja przecież od dawna mam taką, może nieco nieuzasadnioną, a może wręcz przeciwnie – fobię. Otóż wydaje mi się, że sformułowanie Kasia Nowak jest stricte beznadziejne. BEZ-NA-DZIEJ-NE. Nijakie, pospolite... Zawsze mnie zastanawiało, jak moi rodzice, przy tak popularnym nazwisku, mogli mi dać tak popularne imię? Tata – faktycznie, jest tradycjonalistą i raczej nie przeszkadza mu brak oryginalności. Ale Mama? Zawsze ma tyle świetnych pomysłów, a własną córkę nazwała tak, jakby jednemu z miliardów ogórków kiszonych jakie kiedykolwiek występowały na świecie do paszportu wpisać "Imię i nazwisko: Ogórek Kiszony". A zatem, od dzisiaj (i Wy, Czytelnicy SMS-a jesteście świadkami tej historycznej chwili) nadaję sobie pseudonim artystyczny, który będzie brzmiał: Ogórek Kiszony. No dobra, żartowałam!
Tak naprawdę nadaję sobie (mianuję siebie... łał, jestem prawie jak rycerze w średniowieczu) pseudonim po prababce Weronice, po której odziedziczyłam też swoje drugie oficjalne imię. I od teraz jestem już... Katarzyną Weroniką Rupińską. Ładnie, co? :)