Studenckie wspomnienia Jacka Poniedziałka Pierwszy raz o byciu aktorem pomyślałem w VIII klasie podstawówki. Robiliśmy akademię poświęconą Władysławowi Broniewskiemu, patronowi szkoły. Aktor, który nas przygotowywał namawiał mnie, żebym zdawał do liceum, w którym prowadził kółko teatralne. Chciał mnie przyuczać do szkoły teatralnej. Nie potraktowałem tego poważnie i żeby mieć pewny zawód, poszedłem do zawodówki, a potem do technikum.
Zaprzyjaźniona dziennikarka nieistniejącego dziś „Echa Krakowa” zabierała mnie na premiery do Starego Teatru. Pamiętam przede wszystkim przedstawienia Krystiana Lupy, których nie rozumiałem, ale poddawałem się ich magii. Dzięki Dorocie trafiłem do Teatru KTO. W technikum założyliśmy też mały teatrzyk, nasze przedstawienia nawet nagradzano. Wiosną 1986 r. wziąłem udział w konkursie recytatorskim, wygrywałem kolejne etapy i zająłem drugie miejsce w Polsce. Wtedy postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Egzamin wstępny był oczywiście bardzo stresujący, ale byłem opanowany i dzisiaj myślę, że najbardziej pomógł mi brak świadomości. Ewa Lassek, która była według mnie najwspanialszą aktorką Lupy, powiedziała po egzaminie: „Poniedziałek bardzo zdolny, ale dlaczego taki drobny?”. Bo byłem wtedy chudziutki. Pamiętam swój okrzyk radości, gdy zobaczyłem listę przyjętych. Zawsze byłem skromny, cichy, nieśmiały, a tu zacząłem krzyczeć, podskakiwać. Biegłem ulicą Bohaterów Stalingradu (dzisiejszą Starowiślną), gdzie była siedziba szkoły i po prostu skakałem z radości. To w moim życiu rzecz niezwykła. Człowiek, który ma dwadzieścia lat jest bardzo kruchy, dlatego szkoła powinna go wzmocnić, kształtować wrażliwość, dać poczucie sensu i zgody z samym sobą. By nigdy nie udawał kogoś, kim nie jest i przede wszystkim – żeby nie zdradzał samego siebie. To są istotne narzędzia aktora, a nie techniczne drobiazgi jak stylowe siadanie. Uważam, że nie ma potrzeby uczenia w szkole chodzenia z laseczką lub kłaniania się w ten czy inny sposób. To są bzdury, odruchy, których można się nauczyć bardzo szybko, gdy będzie taka potrzeba. Niestety, nie każdy uczący ma umiejętność budowania. Niektórzy zamiast rozwijać – zamykają, zamiast wzmacniać – gnębią. Tym bardziej doceniam zajęcia z emisji głosu z Olgą Szwajgier, które nie polegały na sztywnym staniu przy pianinie z ręką na brzuchu i na czysto fizycznej walce z samym sobą, lecz były duchową niemal przygodą z głosem jako fenomenem. Odkrywanym przez koncentrację i poznanie intencji . Podobnie ludzkie metody mieli Jan Peszek i Krystian Lupa, z którymi miałem zajęcia ze scen współczesnych i którym bardzo wiele zawdzięczam. Z Lupą przygotowaliśmy na trzecim roku „Kalkwerk” Thomasa Bernharda, w którym grałem rolę Konrada. To było kilka lat przed legendarną inscenizacją z Andrzejem Hudziakiem i Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik, która jest grana do dziś. To jedno z moich najsilniejszych i najbardziej udanych przeżyć teatralnych. Pierwszy przebłysk iluminacji – coś więcej niż stanie na scenie i wypowiadanie kwestii. Drugim ważnym doświadczeniem było przedstawienie warsztatowe Krzysztofa Warlikowskiego – „Łysa śpiewaczka”. Oddałem się tej inscenizacji, podobała mi się tkwiąca w niej energia. Niemal organicznie wkomponowywałem się w tworzony przez Krzyśka świat. On sam silnie się wśród nas wyróżniał – wcześniej studiował we Francji, inaczej się ubierał, czytał filozofów, mówił trochę innym językiem. Jego sposób patrzenia na teatr był zupełnie odmienny i – jak się okazało – sprawdził się. Nasza współpraca trwa do dziś. Z okresu studenckiego najbardziej brakuje mi wolności od pieniędzy. Nie mieliśmy ich wtedy, były poza naszym zasięgiem, ale nikt z tego powodu nie cierpiał. Nie wiem, czy to kwestia komuny czy wieku, ale pieniędzy się nie kumulowało, nie zabiegało o nie, nie myślało o nich tyle i nie drżało się z powodu ich braku. Wszędzie chodziliśmy pieszo, na wakacje jeździliśmy na gapę w przepełnionych pociągach, jadaliśmy w barach mlecznych, ciuchy dawaliśmy sobie nawzajem albo przerabialiśmy stare. I nic więcej do życia nie było potrzebne. Dopiero później inni ludzie mi uświadomili, że nie mam pieniędzy – sam sobie z tego nie zdawałem sprawy. Dziś rozumiem, że to był jeden z najważniejszych elementów mojej wolności. Wysłuchał i zebrał Daniel Lis Jacek Poniedziałek – aktor Nowego Teatru w Warszawie. Najsłynniejsze kreacje sceniczne stworzył w przedstawieniach Krzysztofa Warlikowskiego, w tym tytułowe role w „Hamlecie” (1999) i „Krumie” (2005). Szerszej publiczności znany z ról w serialach „M jak miłość” i „Magda M.”. Zajmuje się również reżyserią („Enter” w Nowym Teatrze) oraz tłumaczeniem dramatów. |