|
Autor: Monika Jurczyk
|
|
01.04.2006. |
Jes! Jes! Jes! W końcu jes! Wiosna. Górskie buty, futrzane spódniczki i bure swetry trafiają na pawlacz, a w odświeżonej szafie każdego z nas zaczynają panoszyć się t-shirty. Strój, który pomimo swej wygody i prostoty potrafi podkreślić naszą osobowość. Jest bowiem nosicielem przesłania.
Niektórzy noszą koszulki z Che Guevarrą — komunistą, który przez przypadek, czy też głupotę pseudozbuntowanych stał się ikoną popkultury. Niektórzy stawiają na dowcip: banalny („sexinstruktor — pierwsza lekcja za darmo”), obleśny (sztuczne włosy doklejone pod pachami koszulki), czy inteligentny (niestety, nie potrafię sobie żadnego przypomnieć).
Inni natomiast wykorzystują koszulki do manifestacji: gustów muzycznych, filmowych, a nieco odważniejści poglądów politycznych. Jeszcze inni noszą t-shirty tylko po to, żeby bulwersować.
Do jakich odbiorców trafiłyby koszulki z zamkniętej ostatnio wystawy laureatów konkursu „T-shirt dla wolności”? Czy teksty ze słynnych już, bo zakazanych koszulek są ostrą polityczną prowokacją zakrojoną na obrazę uczuć religijnych czy tylko wyrażeniem pewnych poglądów?
Według mnie: „nie płakałem po papieżu”, „mam dwóch tatusiów”, „już mu zupy nie gotuję” są osobistym, subtelnym wyznaniem określającym światopogląd. Nie lubię zarówno ofiar mody jak i ofiar politycznej poprawności.
Mamy prawo do t-shirtów głupich i mądrych, ładnych i brzydkich, neutralnych i zaangażowanych. Póki co. Cieszmy się z tej wolności (słowa?, ubioru?).
|